Era blogera #3. Śpij dobrze.

Dużo wody w Wiśle upłynęło od ostatniej części „Ery blogera”. Dla niewtajemniczonych, chodzi o to, że mniej więcej co miesiąc wybieram trzy porady blogerów, które próbuję wcielić w życie. Blogerzy doradzają dużo i chętnie, ale mam wrażenie, że często przepisują porady jeden od drugiego, wcale się do nich nie stosując. Ja, część z nich, chcę sprawdzić na własnej skórze.

Ostatnio wybrałam takie wskazówki, które miały za zadanie sprawić, aby moje szare, styczniowe dni były lepsze. Oto jak mi poszło.

Bądź Słońcem.

Założenie było takie, żebym świeciła swoim blaskiem ciągle i dla wszystkich. Niezależnie od niczego, bez roszczeń i oczekiwania czegoś w zamian. Jak się pewnie domyślacie, nie jest to łatwe. A raczej nie jest to rada typu: „codziennie szczotkuj zęby przez dwie minuty rano i wieczorem”, chociaż dla niektórych pewnie obie są niewykonalne. Ja, próbując ogrzewać wszystkich swoim naturalnym ciepłem, okazałam się często chłodna i przysłonięta gradową chmurą. Już wiem dlaczego Słońce potrzebuje odpoczynku. Bo nie może bez przerwy udawać, że nie widzi ponuraków i nie słyszy złości albo kąśliwych uwag. Bo jak ma dość, musi się na chwilę schować, żeby przypomnieć sobie po co świeci. Starałam się pamiętać, że mój uśmiech i dobre słowo są wodą na młyn szczęścia mojej rodziny. Że dzieci są wpatrzone we mnie, że od mojego nastroju zależą ich humory. Często szło mi dobrze. Czasem tylko było gorzej. Bo jak się okazuje, słowa wsparcia w codziennych wysiłkach i światło odbite z wdzięczności przeganiają chmury. Inaczej można się wyświecić.

Bardzo wyszło mi metaforycznie. Żeby wyprostować zakręcone myśli, napiszę, że nie wychodzi mi udawanie. Jestem wdzięczna za to co mam i szczęściara ze mnie wyjątkowa, ale, jak każdy, mam gorsze dni. Wynikają one czasem z choroby, czasem z niekorzystnego biorytmu. Kiedy indziej drobna nawet sprzeczka rzutuje na resztę dnia, a drące się dzieci nie pomagają. Bywają dni, że flaki sobie wypruwam, wieczorem muszę wypruwać dalej, a spać idę ostatnia. Miłe słowa i gesty sprawiają, że świecić i ogrzewać chce mi się bardziej. A bez tego, bez jasnego komunikatu, że to co robię jest komuś potrzebne, że moje wysiłki nie idą na marne, mój zapał gaśnie. Wtedy potrzebuję snu. Rano wschodzę na nowo.

Jeśli tak jak ja, jesteś mamą, to jesteś Słońcem. Ale bycie nim to nie zadanie do odhaczenia ze swojej listy rzeczy do zrobienia na dany dzień. To ciągłe staranie, żeby pomimo piętrzących się trudności, monotonii i odkładania swoich spraw na później, dawać radość. I czerpać radość w zamian.

Planuj zadania wieczorem.

Zakodowałam sobie, że mają być trzy. I tak robiłam. Planowałam trzy zadania na kolejny dzień, po czym dopisywałam kolejne, jak zawsze. Bo od zawsze robię listę rzeczy do zrobienia. Co się w takim razie zmieniło? Zmieniło się to, że trzy najważniejsze zadania na kolejny dzień miały numerki: 1, 2, 3. Pozostałe były luźniejsze, ale te trzy były ważne. Jeśli te trzy zadania zostały wykonane – dzień uznawałam za zakończony pomyślnie. Te od myślników mogłam przepisywać dalej, ale przepisanie jednego z trzech głównych zadań było słabe. Dlatego bardzo pilnowałam, żeby trzy zadania wykonać. Zerkając do kalendarza co jakiś czas, w pierwszej kolejność sprawdzałam, co mam jeszcze zrobić, żeby ogarnąć tę trójkę. Myślniki odhaczałam przy okazji, mniej zwracając na nie uwagę. Dało mi to tyle, że codziennie, poza wieloma codziennymi obowiązkami, robiłam trzy ważne rzeczy. Posuwałam całość w przód o trzy kroki. Często o takie, których bym nie zrobiła, bo w codziennym zabieganiu i dla naszego życia z dnia na dzień wcale nie były istotne. Były to takie punkty, które zostawia się na kiedyś. Na to niewiadome kiedyś, kiedy będzie się miało więcej czasu. Jak wszyscy wiemy, takiego kiedyś będzie coraz mniej, a nie coraz więcej. Dlatego planowanie trzech głównych zadań okazało się strzałem w dziesiątkę. Co w takim razie planowałam w ramach trzech głównych zadań?

  • rezerwację noclegów na wakacje – tym razem nie zostawiliśmy tego na ostatnią chwilę i nie będziemy szukać w nerwach ostatnich wolnych pokojów;
  • rozłożone na kilka dni projektowanie urodzinowego albumu dla naszego pięciolatka – jak się okazało, złożenie fajnej fotoksiążki zajmuje kilka wieczorów. Gdybym nie zaczęła wcześniej, Pit nie dostałby tak wyjątkowego prezentu;
  • umieszczanie ogłoszeń na OLX – w ramach porządków znajduję dużo rzeczy, które nie są mi potrzebne. Co jakiś czas, hurtowo, wrzucam je na tablicę. Odzyskuję tym sposobem część pieniędzy, a zajmuje to niewiele czasu. Tylko trzeba go znaleźć;
  • wpisy na bloga – co piątek moim numerem jeden jest opublikowanie nowego wpisu. Niech się wali i pali, a wpis musi być. Bo musisz wiedzieć, że w głowie pomysłów mam wiele, ale czasu, żeby je przelewać tutaj, za mało;
  • naprawy butów, toreb, przeróbki krawieckie – czynności, które się odkłada na później, a zepsute i nieużywane przedmioty zagracają dom;
  • zakupy on-line rzeczy, które nie są niezbędne, ale są dla mnie – sznurki, sznurki, sznurki! Jest tyle do kupienia, ale jak ma być sznurek, bo potrzebuję się zrelaksować, to bez wymówek!
  • papierkowa, niezbędna robota – czyli nudne tematy, które trzeba popchnąć. Są na liście – wreszcie z głowy;
  • ważne telefony – są czasem takie osoby (lekarze, punkty usługowe), do których masz zadzwonić konkretnego dnia o konkretnej porze. Łatwo je pominąć, chyba, że są w ważnej trójce.

Tak to mniej więcej wyglądało. Czy planowałam codziennie? Starałam się. Jednak w weekendy dawałam sobie luz. Czasem zaplanowałam jedną, czasem dwie rzeczy. Bo w weekend się odpoczywa, więc po co się stresować jakimiś niewykonanymi zadaniami? Metodę polecam z czystym sumieniem. Pamiętaj. Zaplanuj sobie dwa, trzy zadania, które MUSISZ wykonać następnego dnia i zrób wszystko, żeby się planu trzymać. Co ważne: zaplanuj je wieczorem dnia poprzedniego, bo rano nie będzie na to czasu.

Dzień zacznij od ogarnięcia siebie.

Zadaniem na każdy poranek było ubranie się i pomalowanie z samego rana, żeby nie straszyć. „Ale proste!” można pomyśleć. Niby tak, a jednak nie zawsze. Jeszcze nie nauczyłam się malować jedną ręką, bujając płaczące dziecko, które próbuje mi wyrwać tusz do rzęs. Były takie dni, że nijak Maluch nie dawał się odłożyć – był chory, ząbkował, miał kiepski poranek. A ja nie miałam serca, żeby go w tym płaczu zostawić, żeby się pomalować. Zbyt wydaje mi się to próżne, chociaż możesz to nazwać zdrowym egoizmem, bo przecież, skoro tego potrzebuję, żeby poczuć się lepiej i pewniej siebie, to powinnam to zrobić. Można to podciągnąć pod dylemat z kategorii parentingu, bo podobno dzieci trzeba od małego uczyć gdzie ich miejsce, a ja raczej skłaniam się ku rodzicielstwu bliskości, według którego trzeba się wsłuchać w potrzeby dziecka i zapewnić mu poczucie bezpieczeństwa. Tak też robiłam i czasem malowałam się koło południa, a czasem wcale. I nie był to koniec świata, bo akceptuję siebie souté, a czasem nawet sądzę, że wyglądam nieźle. A czasem makijażu potrzebuję i już.

Ważniejsze było dla mnie, żeby nie chodzić do południa w piżamach. Zdarzało się tak w czasach ogólnej, rodzinnej choroby, ale że piżamy mam ładne, to wstydu nie było. Generalnie ubieranie się z dziećmi jest łatwiejsze, bo naciągać spodnie można smyrając brzdąca nosem po brzuchu.

To zadanie miało na celu podbudowanie mojej samooceny od samego rana. Zdecydowanie, kiedy uda mi się ubrać i pomalować, czuję się bardziej gotowa na nadchodzący dzień i żadna niezapowiedziana wizyta mi niegroźna. Jest to dobry sposób na symboliczne rozpoczęcie dnia. Jeśli długo snuję się po domu w piżamach, to czas jakoś przecieka przez palce, a dzień się szybciej kończy. Polecam, ale bez napinki.

Co planuję na kolejny miesiąc?

Ponieważ późno chodzę spać, w nocy kilka razy budzi mnie Dziecię, zapisywałam sobie pomysły blogerów na dobry sen. Wiadomo, że dzień nie może być udany, kiedy się nie wysypiasz. A kiedy nie wysypiasz się nagminnie, wszystko zaczyna się sypać. Będę pracowała nad snem. Oto co znalazłam:

1. Zadbaj o spokojną głowę.

Alina wprowadza siedem zasad, które wg niej zagwarantują nam zdrowy sen. Wybieram dla siebie zasadę spokojnej głowy, to znaczy, że będę się starała zakończyć dzień bez natłoku myśli związanych z niezakończonymi i pilnymi zadaniami. Bo natłok myśli mam zawsze. Wybieram kreatywną burzę mózgu przed snem.

2. Przewietrz sypialnię.

Siedem zasad ma również Natalia. Od niej wybieram wywietrzony pokój. Bo niby wiem, żeby wietrzyć, ale jakoś wieczorem często zapominam, a świeże powietrze to zdrowszy sen. Jak się tu zobowiążę, to może będę pamiętała.

3. Odłącz się od prądu.

Geneva wyłącza wszystkie ekrany przed 20 i do 8 rano ich nie włącza. Dla mnie, na tą chwilę, jest to niemożliwe, bo dopiero po 21 udaje mi się spędzić nieprzerwanie pół godziny przed komputerem. Bez przegięć zatem. Jestem pewna, że brak stymulacji mózgu przez snem świecącymi ekranami to najlepsza metoda na zdrowy sen, ale zacznę spokojnie. Nie będę gapić się w telefon po położeniu się do łóżka. To jest dopiero wyzwanie!

Kto jest ze mną? Odwagi!

Ania.

 

Jak pozbyć się zbędnych myśli

Od czasu do czasu dopada mnie ten stan, kiedy potrzebuję restartu procesora. Kiedy skaczę od jednej do drugiej myśli, nie kończąc żadnej. Kiedy wydaje mi się, że tyle rzeczy trzeba przeanalizować, drugie tyle zaplanować, a…

Jedno, bardzo ważne pytanie, kiedy rodzina jest priorytetem

Proste nauki są najtrudniejsze. Już dawno temu zauważyłam, że jeśli coś jest oczywiste, to przechodzi się obok tego obojętnie. Ale kiedy ktoś powie to głośno i zwróci uwagę na istotę rzeczy, wtedy dopiero nas oświeca.

  • Odkładałam telefon przed położeniem się do łóżka w ramach wyzwania, które przed sobą postawiłam już chyba jakiś rok temu. Było trudno. Nawet bardzo trudno. Ale udało się i nie dość, że przed zaśnięciem to jeszcze po przebudzeniu do tej pory rzadko sięgam po telefon. Staram się „załatwić” wszystko co ważne przy komputerze a potem położyć do łóżka już tylko z książką ewentualnie. I chociaż telefon leży na wyciagnięcie ręki nie kusi mnie FB ani żaden inny potwór. Chociaż jeśli w środku nocy przyjdzie mi do głowy jakiś super pomysł to nie krępuje się i od razu zapisuję właśnie w telefonie albo googluję jeśli czuję, że koniecznie muszę się czegoś dowiedzieć. Jednak najważniejsze co się zmieniło to poczucie, że nie jestem już niewolnikiem telefonu tylko to on jest na moich usługach.

    • Anna

      Rok!?! Łał! To znaczy, że można. Mi się wczoraj też udało 🙂 Najgorsze jest to, że można z telefonu tyle wyczytać i tyle znaleźć interesujących rzeczy, na które nie ma czasu w ciągu dnia. A w łóżku czytasz i nie czujesz jak czas płynie. I wciąga. A później chodzę niewyspana. Notowanie pomysłów uważam za usprawiedliwione, bo sama mam maraton myśli przed snem i wiem jak szybko uciekają, a czasem szkoda.

  • Ja się przymierzam do tego odłączenia od prądu do konkretnej godziny. Staram się w ciągu dnia być produktywna i nie marnować czasu, żeby po południu i wieczorem nie ślęczeć przy komputerze, a już tym bardziej po nocach. Wieczory z książką albo w „domowym spa” są o wiele przyjemniejsze niż przy tablecie, ale wciąż mi się zdarza przeglądanie do snu 9gag. Mimo to pracuję nad tym, by jednak odpuścić i po prostu być, relaksować się i przygotowywać do snu. Chociaż co drugi dzień.

    • Anna

      Chociaż co drugi dzień – niepotrzebnie o tym pisałaś, bo teraz mnie taki pomysł kusi 😉 Też się staram jak najwięcej zrobić w dzień, ale z małymi dziećmi czasem po prostu się nie da. A czasem to i wieczorem się nie da. Ale to przejściowe.

  • Cudowny pomysł na cykl. Lubię moje wieczorne wyciszenie i też staram się o nie dbać. Chciałabym wprowadzić automasaż, bo całe ciało mam pospinane. I dbam o lepszy sen – namawiam męża do wstawania do Majsona ;). Powodzenia w tym miesiącu!

    • O! Ciekawe, że uznałaś cykl za cudowny, bo sama mam ostatnio wątpliwości. Dzięki! O automasażu jeszcze nie czytałam, a chyba mogłabym spróbować, bo jako, że mam dwóch Majsonów, mało sportu i snu, to tak jak Ty jestem mocno spięta. A nie bardzo ktoś się rwie, żeby mi te spięcia rozmasować 😉