Follow for follow czy follow for feeling ?

Początkowo wpis miał mieć tytuł „Minimalizm w social mediach”, ale jak zaczęłam myśleć o strategiach „follow for follow” albo „follow for likes” to stwierdziłam, że ja wolę „follow for feeling”. O co chodzi? Trafiłam jakiś czas temu na studium przypadku dotyczące zbierania obserwatorów na Instagramie. Lubię Instagram więc przeczytałam.

W temacie zbierania fanów czy followersów, podejrzewam, że wszędzie wygląda to podobnie. Po pierwsze, żeby ktoś za Tobą poszedł, to najpierw musi się o Tobie dowiedzieć. To tak jak z biznesem: nawet jeśli sprzedajesz najfajniejsze zabawki na świecie, jeśli nikt o Tobie nie wie, to nie wie również, że chciałby je kupić. I jeśli profile w social mediach dotyczą działalności – to jak najbardziej zrozumiała jest walka o każdego fana, ale jeśli myślę o sobie, nawet w kontekście bloga, którego czytasz, to mam mieszane uczucia.

Czy blog o minimalizmie powinien mieć Facebook’a?

Albo konto na Instagramie czy Tweeterze? Każdy minimalista żyje swoją wersją minimalizmu i na przykład taka Mo nie potrzebuje Fejsa, a inni mają konta wszędzie. Ja mam fanpage, ale nie walczę zaciekle o fanów. Mam również konto na Instagramie, bo uwielbiam zdjęcia (oglądać i robić). I tam działam więcej. Ale to wszystko w temacie. Jeśli chciałabym zwiększyć ilość obserwujących mnie osób, to są na to sprawdzone sposoby. Jak we wspomnianym wyżej case’ie, są już nawet ponazywane strategie, które pozwalają powiększać grono odbiorców treści w social mediach.

Follow for follow, follow for likes

Obserwowanie za obserwowanie na Instagramie. Spotykam się z tym ciągle, że zaczyna mnie obserwować osoba, która tematycznie w żaden sposób nie jest zbliżona do mojego profilu. Ponieważ nie jest i to, co pokazuje interesuje mnie mało (chociaż nie twierdzę, że nie jest wartościowe), nie odwdzięczam się obserwowaniem. I widzę, że obserwatorzy mnie porzucają. Nie mam aplikacji pokazującej kto to zrobił, ale łatwo się domyślić, że to ktoś, czyje uczucie do mnie nie zostało odwzajemnione. Trudno.

Obserwowanie za polubienia. Ci, co nie przywiązują się na stałe tak łatwo, zanim zaobserwują lubią kilka moich zdjęć na raz żeby zwrócić na siebie moją uwagę. Jeśli kliknę „obserwuj”, też zostaję zaobserwowana, ale jeśli tylko polubię jakieś zdjęcie – żegnamy się na zawsze. Podejrzewam, że tak samo działa to na innych platformach.

Dlaczego o tym piszę?

Bo w moim przekonaniu posiadanie konta w social medium nie sprowadza się do zaczepiania innych i liczenia fanów. Do pogoni za liczbami. Nie chodzi o to, żeby statystyki nam rosły tylko o właściwe jego wykorzystanie, żeby SOBIE zrobić dobrze. Żeby wzbogacać się o interesujące nas treści. Żeby cieszyć oko pięknymi, według nas, obrazami. Żeby poszukiwać inspiracji i kopa do działania. W końcu, żeby nawiązywać kontakt z osobami o podobnych poglądach czy upodobaniach.

Owszem, pisząc bloga, fajnie jest wiedzieć, że czyta go coraz więcej osób, ale jeszcze fajniej jest robić przy tym blogu to, co Cię najbardziej kręci. Pisać, robić zdjęcia, korespondować z innymi. Wierzę, że reszta przyjdzie z czasem. A kiedy pisze się o minimalizowaniu rozpraszaczy i bałaganu, eliminowaniu stresów, nieprzyjemnych obowiązków czy świadomym życiu, to tym bardziej dzika pogoń za czytelnikami jakoś mi nie pasuje. Nie wpisuje się w klimat. Nie jest slow. I po prostu nie mam na to ochoty.

Jaka jest moja strategia na Instagram?

Follow for feeling. Obserwuję jak poczuję. Nie zadzieram nosa do góry i zawsze zaglądam na konta osób, które mnie obserwują czy lubią. Z ciekawości kim są. Sprawdzam, czy interesuje ich makrama, ładne wnętrza. Czasem porywają mnie zdjęcia przyrody, a czasem fotografia streetowa. Ale żeby kogoś śledzić na bieżąco, muszę poczuć to coś. Wtedy wieczorne przeglądanie zdjęć jest czystą przyjemnością. Na spokojnie przenoszę się magiczne zakątki świata, podziwiam wnętrza, w których chętnie bym zamieszkała, albo chociaż powiesiła swoją makramę. Sprawdzam co się wydarzyło w ciągu dnia u „znajomych” i czerpię wenę do rozmyślań, kiedy już położę głowę na poduszce. Wtedy ranek witają makramowe i tkające artystki w Australii i Nowej Zelandii, a ja podziwiając ich nowe dzieła śmieję się myśląc: „Dobranoc!”.

Owszem, sama też wychodzę z inicjatywą, ale nie oczekuję nic w zamian. Bo przyciskam „obserwuj”, kiedy czuję, że nie może mnie ominąć kolejne zdjęcie danej osoby. Bo komentuję, kiedy mam taką potrzebę, bo lajkuję zdjęcia jak szalona, gdy odkrywam kolejne konto z makramą, a każde zdjęcie pokazuje jakieś cudo, które wywołuje burzę w mojej głowie.

Kiedy czuję się zobowiązana, żeby polubić czy skomentować?

Dobrym przykładem jest grupa na Facebook’u, którą założyła Ula Phelep. Ula pozwala na to aby raz w tygodniu promować swoje wpisy, ale w zamian trzeba przejrzeć, co proponują inne uczestniczki zabawy. Jeśli ktoś umożliwia mi łatwą promocję bloga i widzę, że to przynosi efekty, to z tego korzystam. Ale uczciwie. Przeglądam blogi koleżanek z grupy i szukam takich, które mogą mnie zainteresować. I często znajduję. Wtedy nie jest to zwykłe „follow for follow”, coś za coś. Bo zdarza się, że nie odwzajemniam komentarza, jeśli nie czuję jego autorki, za to udzielam się na innym blogu, bo mi się spodobał. Innym przykładem niech będzie środowe linkowe party u Beaty. Wstawiam linka do siebie, ale czytam to, co proponują inni.

Tak jak w życiu, w social mediach idę swoją drogą, nie oglądając się na innych. Robię to, co mi serducho podpowiada. Naturalnie, w swoim tempie. I może niektórzy przenoszą wyścig szczurów do sieci, ale zamiast przez godzinę lajkować przypadkowe zdjęcia, ja wolę pójść na spacer z dziećmi. A jeśli już zaglądam na Instagrama albo Facebook’a – robię to z przyjemnością.

Jaki jest Twój stosunek do social mediów? Lubisz tam zaglądać? Działasz aktywnie czy raczej biernie obserwujesz to, co Cię interesuje? I kluczowe pytanie na koniec: zaglądałaś do mnie na Facebook’a i Instagrama? Zapraszam!

Ania.

Warsztaty w rytmie SLOU

Moje ostatnie warsztaty odbyły się w warszawskim SLOU. Kiedy organizujesz wydarzenie na odległość, zawsze czeka cię element zaskoczenia, bo w  trakcie przygotowań w głowie tworzysz sobie pewien obraz miejsca i osób, a w dniu przyjazdu…

Czego nie powinnaś robić na warsztatach, czyli kiedy nauka jest fajna

Ten wpis tylko niechcący zbiega się z początkiem września, kiedy nauka staje się tematem numer jeden. Bo nauka w szkole jest obowiązkiem, który rzadko kiedy ma coś wspólnego z nauką dla przyjemności i z pasji. Mi…