Pierwotny stan umysłu

Początkowo miało być o BLW, a natchnęło mnie do tego dziecko pachnące pomidorówką. Ale jako, że u mnie myśl goni myśl, a myśl skojarzenie i ponieważ nie mam możliwości przelania na klawiaturę tego co mi głowę zaprząta od razu, to do momentu, kiedy zasiądę wreszcie do komputera pomysł na notkę przybiera nowy kształt, chociaż ostatecznie wracam też do źródeł.

Myślałam też o tytule „Stan umysłu minimalisty”, ale nie do końca o to mi chodzi i przyznam się, że nie wiem jaka jest dokładna definicja minimalizmu, mimo, że często o nim piszę. Nawet nie wiem czy jestem minimalistką, chociaż mam takie zapędy i znając niektóre jego założenia, mogę się pod nimi podpisać obiema rękami. Tak jak Dorota, uważam, że każdy żyje swoją wersją minimalizmu i bierze z niego to, co mu pasuje.

Wróćmy do pomidorówki. Moje półtoraroczne dziecko często pachnie pomidorówką, bo często się nią zalewa. Nie przeszkadza mi to. Raczej cieszę się, że rozszerzanie jego diety odbywa się zgodnie z zasadami BLW, bo ominęło mnie kupowanie słoiczków, wpychanie mu do buzi łyżeczki i tańce przy karmieniu. I jeśli pomyślałaś, że zalewa się zupą, bo nie trafia sam do buzi, to właśnie trafia. Tak, sam je łyżeczką zupę i trafia do buzi nie rozlewając. Tak się z tego cieszy, że dobrze buzi nie domyka i zupa się wylewa. A ja wychwalam wszystkim BLW w niebiosa. Tylko czy słusznie?

BLW, czyli Baby Led Weaning, to metoda rozszerzania diety dziecka pod jego dyktando. Czyli nie słuchamy nadgorliwych pediatrów, którzy każą dawać maluchowi marchewkę w czwartym miesiącu życia, a czekamy aż sam o nią poprosi. A mleko matki jest podstawowym jego pokarmem do końca pierwszego roku życia. Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej, zajrzyj tutaj i tutaj i poszukaj grup na Facebooku.

Byłam na powyższych stronach, śledziłam grupy i niewiele z nich korzystałam. Bo BLW zakłada, że dziecko, w naturalnym tempie, uczy się jeść to co reszta rodziny. I u nas tak właśnie było. Zaczęło się od gotowanych warzyw w szóstym miesiącu, po czym Mati sięgnął po kiełbasę i jakoś poszło. Naturalnie. A słowo „naturalnie” jest kluczem do moich rozważań.

Back to nature!

Taki też mógłby być tytuł tego wpisu, ale chodzi mi o stan umysłu, kiedy my, potrzebujący takich idei jak minimalizm czy slow life, takich metod jak BLW właśnie, próbujemy się nawracać. A raczej odwracać od wynalazków ludzkości ostatnich dekad. Wracać do źródeł, a czasem nawet do prehistorii, kiedy sięgamy po dietę paleo.

Konsumpcja – kiedy zapukał do nas kapitalizm oczy wypatrywaliśmy w reklamy proszków do prania. Hitem było mydełko Fa, a lalka Barbie była marzeniem każdego rodzica. Proszku do pralki sypało się więcej niż opakowanie podpowiadało, żeby ubrania były czystsze i bardziej pachnące. Puste szafy zaczęły zapełniać się kolorowymi ciuchami zagranicznych marek, a ulice samochodami. Jeszcze niedawno mottem większości Polaków było „zastaw się, a postaw się”, a dziś coraz więcej polskich blogerów namawia do ograniczania zakupów do niezbędnego minimum.

Dzisiaj nadmierna konsumpcja zaczyna doskwierać. Nie mamy już miejsca na kolejne ciuchy, kredyty jawią się być zagrożeniem, a nie nową możliwością. Nie licytujemy się po której galerii handlowej spacerowaliśmy ostatnio, ale w której nie byliśmy jeszcze wcale. Zamiast kupować – wyrzucamy, żeby mieć jak najmniej. Jak nam czegoś brakuje – długo myślimy, zanim kupimy, a wcześniej szukamy tutorialu DIY. Bo najbardziej pożądany mebel, to ten zrobiony samemu. Najlepiej z patyków i nakrętek od napojów, bo przypomnieliśmy sobie, że trzeba dbać o środowisko naturalne i minimalizować odpady.

Jedzenie – ciężko mi przychodzi wydawanie pieniędzy, ale na jedzenie nie żałuję. Co mogę, kupuję w sklepach i na targach ekologicznych, gotuję z sezonowych warzyw, unikam pszenicy i mleka, nie używam półproduktów. A jak było jeszcze kilka lat temu? W mojej kuchni co dwa dni gościł makaron, często z sosem z torebki albo słoiczka. Na co dzień jadłam nabiał i wyroby mączne. Pszenne. Mąk z amarantusa, kokosa czy nawet ryżu wtedy nie znałam. Nie miałam takiej potrzeby.

Dzisiaj większość blogów kulinarnych czy najlepiej sprzedających się książek o gotowaniu to te eliminujące z diety gluten, nabiał, a nawet mięso. Mimo, że wielkie koncerny starają się ubogacić uprawy zbóż o niezbędną chemię, żeby zbiory były obfitsze, podlać pomidora koktajlem Mendelejewa, żeby był dorodniejszy oraz opakować banalnie prostego muffina w kolorową torebkę, żeby jego pieczenie wymagało dodania tylko mleka i jajka, zamiast mleka, jajka, oleju i sody oczyszczonej, to my, niewdzięcznicy, pokonujemy kilometry żeby kupić pomidora małego i brzydkiego, ale z ziemi a nie wełny mineralnej. Ba! Nawet ćwiartkę wieprza ze wsi zwozimy do apartamentu na strzeżonym osiedlu, żeby dziecku wolne od antybiotyków i hormonów mięsko na obiad podać.

Dzieci – po latach, kiedy dziecko (jak ryba) głosu nie miało, a najlepszym jedzeniem było takie specjalne,  dla nieludzi i bez smaku, w słoiczkach, kiedy rodzicom wmawiano, że malucha można zaprogramować i wytresować, odzyskujemy zdrowy rozsądek i wiarę w naturalne metody, które sprawdzały się przez wieki.

To nic, że próbujemy sobie tłumaczyć, że BLW zostało dopiero wymyślone, bo przecież nauka idzie do przodu. Nie szkodzi, że szacunek, który należy się dziecku od urodzenia, trzeba było nazwać nurtem rodzicielstwa bliskości, żeby rodzice sobie o nim przypomnieli. Ważne, że rodzice zaczynają słuchać swoich dzieci, a nie poradników. Że wyrzucają w kąt elektroniczne nianie i lampki z bijącym sercem dając więcej siebie. Że noszą dzieci w chustach i inwestują w nie swój czas, a nie tylko pieniądze. Bo drogie, plastikowe i multimedialne zabawki nie sprawdziły się, a patyki i kamyki, które są na wyciągnięcie rączki od zawsze, najlepiej stymulują wyobraźnię maluchów.

Moda – nasze szafy zaczynają przypominać szafy naszych babć. Moja opowiadała mi jak miała jedną spódnicę, jedną sukienkę i dwie bluzki, a jednak codziennie wyglądała inaczej. Za sprawą, można by napisać, fantazji, bo brak pieniędzy i towarów w sklepach brzmi gorzej. Zmieniała kwiaty we włosach i ręcznie robione dodatki.

Nie mając pieniędzy dzisiaj i tak mamy przepełnione szafy, które zaczynają nas przerażać. Pożerają nam czas, stresują nas co rano. Jeszcze niedawno, co sezon, biegłyśmy na wyprzedaże, żeby garderobę uzupełnić, bo trzeba się w coś ubrać. Dziś prześcigamy się, która z nas ma w szafie mniej. 100 a może 33 ubrania. Zamiast buszować po sklepach, szukamy w sieci poradników jak zbudować bazę, jak dobierać dodatki, żeby ubieranie się było łatwe. Przypomniałyśmy sobie, że nie o ilość chodzi, ale o jakość i spójność. Dostrzegamy w modzie człowieka, który stoi po drugiej stronie igły i szanując jego pracę wybieramy odpowiedzialnie. Kupujemy ubrania rodzinnej produkcji, bojkotujemy te z Bangladeszu, wybieramy bawełnę organiczną.

Kosmetyki – moda na luksusowe perfumerie przemija. Przynajmniej wśród dziewczyn z mojego (również wirtualnego) otoczenia. Biegałam kiedyś tam po kosmetyki, ciesząc się jak głupia, że do zakupów za 300zł dostałam jeszcze kosmetyczkę. Teraz te kosmetyczki wyrzucam, bo wystarczy mi jedna. Kosmetyków lux też już nie używam. To znaczy używam. Kosmetyków lux inaczej.

Już nie mam wątpliwości czym lepiej się chwalić: cieniami Diora czy gładką, prawie wolną od zmarszczek twarzą w słusznym wieku. Już wiem, że jeśli coś kosztuje majątek, wcale nie musi być remedium na moje bolączki, co najwyżej na potrzebę lansu. Hasło „less is more” jest prawdziwe również w codziennej toalecie, bo jak się okazuje prosty olej arganowy może mieć wiele zastosowań i zbawienne działanie na skórę. I może trudno to sobie wyobrazić, ale nie ma olejów arganowych do twarzy, do rąk, pod oczy i pod pachy. Jest jeden.

Coraz częściej zaglądamy do sklepów z kosmetykami ekologicznymi. Nawet, jeśli mamy potrzebę rozdzielania kremów na ten na dzień i noc, staramy się ograniczyć chemiczne dodatki do minimum. Szukamy organicznych olejków, mineralnych kosmetyków kolorowych i nietoksycznych dezodorantów. Chemii mówimy: dość!

„Chemia” domowa –  pisząc o kosmetykach nie sposób nie zahaczyć o domowe środki czystości. Orzechy piorące już nie szokują, a sodę oczyszczoną stosujemy częściej do sprzątania niż do pieczenia. Wracamy do sposobów naszych babć. Okna myjemy octem, bo nawet nie ma potrzeby kupowania ekologicznych płynów do szyb. W nocy, o północy, po całym dniu biegania za pracą i dziećmi, uciekania przed szkodliwym jedzeniem i smogiem, same lepimy kostki toaletowe, żeby nie wdychać toksyn.

Miejsce zamieszkania – kiedyś szczytem marzeń było mieszkanie w wielkim mieście. Kusiło życie w centrum zamieszania. Sklepy, restauracje, kultura i rozrywka, a przede wszystkim praca w wielkich firmach wabiły nas do miast. Teraz ci, co doświadczyli wielkomiejskiego życia marzą o domku na wsi. Teraz pożądany jest slow life w rytmie natury.

Bo żaden, nawet najbardziej luksusowy apartament w centrum stolicy nie może równać się z drewnianym domkiem w Bieszczadach. Takim, koło którego biegają szczęśliwe kury, pasą się owieczki, rosną nieskalane chemią warzywa. Gdzie dzieci, zamiast rozpychać się łokciami na betonowych placach zabaw, taplają się w błocie i ganiają jaszczurki. Gdzie widok z okna w sypialni łapie za serce bardziej niż fototapeta ze zdjęciem z wyspy Bora Bora.

Miejsce pracy – już minęły czasy, kiedy szybkie skoki po szczeblach kariery w korpo budziły zazdrość u innych. Teraz pracą marzeń jest freelancerka. Kiedy możesz pracować skąd chcesz. I nie bez powodu, bo przecież w Bieszczadach trudno o wielkie firmy. 

Teraz duże zarobki dyrektorskie, w czasach, kiedy wszystko upraszczamy i minimalizujemy, nie są naszym celem. Teraz marzymy o wolności i takiej pracy, która nie będzie nas trzymać w biurze od 8 do 19. Mieszkając w Bieszczadach chcemy pracować na tarasie popijając koktajl jagodowy z nasionami chia. Jeśli mamy ochotę na wakacje, to sobie je robimy, a zlecenia czekają na lepsze czasy. W razie czego damy sobie radę – mając kurki, świnki i swoje warzywa jesteśmy samowystarczalni.

Wakacje – nie każdy eko freak z zapędami minimalistycznymi ma możliwość mieszkania w dziczy, ale to nie jest problem. Od czego są wakacje? Na pewno nie od tego, żeby jechać do zamkniętego kurortu nad wydzielonym kawałkiem plaży. Nie od tego również, żeby z językiem na brodzie ganiać za przewodnikiem po pięciu stolicach w trzy dni.

Wakacje spędzamy teraz na łonie natury. Jedziemy w dzicz. Wybieramy takie lokalizacje, gdzie nie dociera Internet, gdzie musimy przez pierwsze trzy dni przyzwyczajać się do ciszy i radzić sobie jakoś z drżeniem rąk, które nie mają co robić. Szukamy miejsc, gdzie ktoś wyręczy nas od gotowania i poda trzy posiłki dziennie zrobione ze swojskich jajek, mięsa od sąsiada i ekologicznych warzyw. Płacimy krocie, żeby chociaż przez tydzień poczuć na własnej skórze co to znaczy wiejski slow life. Ci, co mają więcej szczęścia albo większą rodzinę, jadą w odwiedziny do wsi, gdzie stoi kurna chata, a za nią wychodek. Odpoczywają od miasta, do którego uciekli kiedyś ich rodzice szukając szczęścia.

 

Jeśli w kontekście tego wszystkiego, co właśnie przeczytałaś, pomyślałaś o mnie: świr!, to masz trochę racji. Od dawna moje poglądy na prowadzenie domu czy wychowanie dzieci budzą zdziwienie, chociaż coraz mniejsze. I mimo, że jeszcze więcej przede mną jak za mną, staram się żyć w zgodzie ze sobą, powoli wprowadzając zmiany. Ale! Wcale nie wyglądam jak hipis zza krzaka i nie otworzysz oczu ze zdziwienia mijając mnie na ulicy. Nie uderzysz szczęka o podłogę zamieniając ze mną kilka zdań. Bo powyższe wybory nie są tylko moje. Coraz więcej ludzi jest zmęczonych wyścigiem szczurów, sztucznym jedzeniem, nadmiarem informacji i brakiem czasu dla rodziny. Odzywa się w nas pierwotna potrzeba przytulania drzew, oddychania świeżym powietrzem, spożywania prawdziwego jedzenia i rodzinnego gapienia się na zachód słońca.

Jeśli czytasz mojego bloga, to z dużym prawdopodobieństwem mogę założyć, że też próbujesz zmieniać coś w swoim życiu. Co to takiego? Może jest coś jeszcze, co powinnam dopisać do powyższej listy?

Ania.

 

Minimalizm nie jest łatwy. Co na to Joshua Becker?

Z założenia minimalizm to prosta sprawa. Pozbywasz się wszystkiego czego nie potrzebujesz, oczyszczasz swoją przestrzeń, robisz miejsce na ważne rzeczy i doświadczenia. Bo w minimalizmie stawiamy na doświadczanie. Na świadome przeżywanie, na bycie tu i…

Jak pozbyć się zbędnych myśli

Od czasu do czasu dopada mnie ten stan, kiedy potrzebuję restartu procesora. Kiedy skaczę od jednej do drugiej myśli, nie kończąc żadnej. Kiedy wydaje mi się, że tyle rzeczy trzeba przeanalizować, drugie tyle zaplanować, a…

  • Ula z prostoofinansach

    Zgadzam się, bardzo się zmieniliśmy. Nasze wymagania, oczekiwania, marzenia zmieniały się razem z nami. Może nie wszystkie z Twoich punktów są tak samo ważne u mnie. Ale są ważne. Pszenicy staram się jeść jak naj mniej. Nie muszę zapełniać szafy pod sufit i jakoś tak cieszy mnie wszystko co małe. Kot, który przyjdzie się przytulić, słońce gdy rano wstaję czy to, że mogę posiedzieć we własnym ogrodzie, którego nigdy wcześniej nie miałam.

    • A może to z wiekiem potrzeby są coraz mniejsze? Ten ogród mi się marzy ostatnio coraz bardziej…

  • Dobrze wiesz, że nie ma szans żebym pomyślała O Tobie „świr” 🙂 Chociaż rzeczywiście czasem wydaje mi się, że sporo ludzi nadal tak myśli o nas – tych, którzy odważyli się wyłamać z tego pędu do posiadania i korzystania z „dobrodziejstw” cywilizacji. Do Twojej listy dopisałabym jeszcze CZAS. Nie dlatego, że próbuję go zmienić, raczej dlatego, że w końcu uczę się tego, że zmienić się go nie da. Że wciśnięcie większej ilości zadań, mega produktywność i wykorzystanie każdej minuty to nie do końca to o co chodzi. Więc tak samo jak z przedmiotami i całą konsumpcją, czas także chcę i uczę się wykorzystywać inaczej niż kiedyś. Priorytety zamiast długiej listy zadań, mniej za to bardziej zamiast więcej i koniecznie. Już nie jestem dumna, że w godzinę posprzątałam cały dom z myciem okien. Teraz cieszę się, że nie umyłam okien, że nie prasuję, że wybieram spacer zamiast maratonu w kuchni. Że zakupy zajmują mi godzinę tygodniowe zamiast godziny dziennie a moje dzieci mają mnie na wyłączność przez cały wieczór, zamiast oglądać mnie przez kuchenne drzwi. Co gorsza! cieszę się też, że pracuję mniej godzin i zarabiam mniej pieniędzy… Automatycznie kupuję więc mniej i mniej mam. I koło się zamyka…

    • Trafił swój na swego 😉 W ogóle się nie przejmuję jak ktoś tak o mnie mówi czy myśli, bo wiem, że jest nas więcej. A odnośnie czasu to masz całkowitą rację. Też nad tym pracuję, chociaż ciężko jest zająć się przyjemnościami, kiedy kuchnia wygląda jak po armagedonie. No i te zakupy raz w tygodniu nie do końca mi wychodzą, ale jest postęp, bo nie chodzę na zakupy codziennie 🙂

  • Kiedyś podstawą w mojej kuchni też były „przysmaku” w stylu makaron pszenny co drugi dzień z sosami z torebki lub słoika, zupki chińskie i tym podobne:). A obecnie mam hopla na punkcie zdrowej żywności i wolę buszować po ryneczku i w zdrowej żywności niż w sklepach z ciuchami:). Szkoda, że taka mądra nie byłam 10 – 15 lat temu. A jeśli masz ochotę, to zapraszam Cię na Linkowe Party do mnie, które trwa od dzisiaj do poniedziałku. To świetna okazja, żeby zaprezentować swój najnowszy wpis, a także żeby poznać wiele interesujących osób oraz ich ciekawe wpisy:). Pozdrawiam Ania.

    • Jak to mówią : mądry Polak po szkodzie 😉 I mówią jeszcze, że jesteś tym co jesz. I jeszcze: lepiej późno niż wcale 🙂 Czyli dobrze, że zmądrzałyśmy! A linkowe party są coraz bardziej popularne i są fajne, bo tak jak piszesz, można poznać ciekawe osoby. Dzięki za zaproszenie – za pewno zajrzę.

  • Mam bardzo podobne odczucia. Nie wydaje mi się nawet, że to wszystko o czym piszesz jest niszą, no może jeszcze przez chwilę, to raczej wezbrana fala. Więc nie jesteś freakiem, jesteś normalsem 😉 Zmienia się podejście do wszystkiego, do edukacji dzieci, jeszcze nie tak dawno wydawało się, że im więcej zajęć pozalekcyjnych, tym lepiej, a teraz edukacja alternatywna, szkoły leśne, różne takie historie. Tak samo chustonoszenie i rodzicielstwo bliskości. Wracamy do korzeni. To była długa droga, która częściowo sprowadziła ludzkość na manowce pośpiechu, wyścigu szczurów i owczego pędu nie wiadomo za czym.

    • Edukacja! No tak! Sama jeszcze niedawno czytałam o edukacji domowej, ale stwierdziłam, że nie mam predyspozycji 🙂 Ale jak we wszystkim, o czym napisałam, coś w tym jest. Bo szkoła została przekombinowana. Przeładowana.
      A bycie normalsem brzmi gorzej 🙁 Chociaż to by oznaczało, że jeszcze jest nadzieja 😉

      • No może z tym normalsem odrobinę przeasadzilam. Ale tylko odrobinę. Ja mam wokół coraz więcej świadomych ludzi, którzy myślą w ten sposób.

        • Trochę do normalsa mi brakuje, ale lubię myśleć, że to normalsom brakuje trochę do mnie 🙂 Ale tak jak piszesz, coraz mniej!

  • Catherine Sophie

    Bardzo ciekawy i pięknie czytelny blog!