Rezygnacja nie musi oznaczać porażki

Mam wrażenie ostatnio, że wszyscy próbują się wzajemnie motywować i zapewniać, że bardzo dużo można w życiu osiągnąć, jeśli tylko się chce. Z Facebooka krzyczą do mnie reklamy mówców motywacyjnych, dla których nie ma rzeczy niemożliwych. Na blogach, które odwiedzam, zrobiła się moda na hasła „Ja mogę, to Ty też” i odnoszę wrażenie, że jeśli coś mi przyjdzie do głowy, to od razu powinnam przejść do działania, bo inaczej ominie mnie wielka szansa na sukces.

 

A ja mówię basta.

 

Ja odkładam chore ambicje na bok i nie próbuję już zmieścić trzydziestu godzin w dwudziestu czterech. Daję sobie luz. Z tych wszystkich ról, które większość z nas próbuje sobie narzucić, wybieram te dla mnie najważniejsze.
Jeszcze rok temu byłam pewna, że dam radę. Myślałam, że jak jeszcze trochę pocisnę, to wreszcie osiągnę swój cel. Firma się rozkręci, pogodzę pracę w domu z opieką nad dziećmi, a do tego będę spełnioną kobietą.
Drugie dziecko uświadomiło mi, że ten cel jest złudny. Że tak na prawdę nie o to mi chodzi. Chodzi mi o szczęście. A szczęście to nie tyrka na pięć rąk w pogoni za czymś nieznanym i nierealnym. Szczęście to docenianie tego co się ma. To zwrócenie uwagi na momenty. Na uśmiechy. Na proste rzeczy.

 

Rezygnacja to nie porażka.

 

Sprzedałam sklep, który w pocie czoła, po nocach, kosztem innych rzeczy, tworzyłam przez trzy lata. Takie moje trzecie dziecko. Sprzedałam go z wyboru. W pewnym momencie uświadomiłam sobie, że nie dam rady prowadzić biznesu i zajmować się dziećmi. Wybrałam dzieci. Ponieważ jakoś przy dwójce czas biegnie szybciej. Bo rezygnacja ze wspólnej zabawy na rzecz odpisywania na ważne maile bardziej boli. Bo świadomość, że niedługo już nie będą takie małe i ten czas nie wróci, doskwiera.
Zrezygnowałam ze swoich zawodowych ambicji i planów, żeby skupić się na macierzyństwie. I dobrze mi z tym. Jeszcze ze wszystkim się nie uporałam, ale powoli zaczynam odczuwać ulgę. Mimo, że czuję też żal. I nie uważam, że poniosłam porażkę. O, nie.

 

Co będzie dalej?

 

Na tą chwilę przełączam się w tryb slow. Zwalniam. Po trzech latach żonglerki paczkami, garnkami, mailami i pieluchami będę cieszyć się drobiazgami. Uporządkuję zaniedbane przez biznesy tematy, będę uważniej wykonywać codzienne obowiązki wyszukując w nich radość. Tyle złego dzieje się na świecie, że nie można dzisiaj nie doceniać tego co się ma i nie czerpać siły z pozornie banalnych momentów. Wreszcie będę mogła bawić się z dziećmi bez zerkania na telefon. Wreszcie znajdę czas na rękodzieło, do którego mnie ciągnie od dawna. No i będę pisać bloga wierząc, że zmiany, które będę stopniowo wprowadzała w swoje życie, zachęcą Was do zweryfikowania Waszego.

 

A zawodowo?

 

Nie mam wątpliwości, że moje ambicje znowu się obudzą. Jestem pewna, że za jakiś czas zapragnę zrobić coś nowego, wyjść do ludzi. Ale daję sobie na to chwilę. Poczekam, aż dzieci nie będą mnie potrzebowały tak bardzo. Nacieszę się nimi i wolniejszą sobą. Odpocznę. Zwolnię. Nabiorę dystansu. I na pewno coś wymyślę.

 

Jeśli jesteś z tej drugiej strony, zmęczyło Cię macierzyństwo i zajmowanie się domem i potrzebujesz coś zdziałać dla siebie, pamiętaj, że możesz wszystko. Dokładnie tak.
Możesz wszystko, ale nie na raz. Żeby coś zrobić dobrze, musisz wybrać. Musisz z czegoś zrezygnować, żeby znaleźć czas i energię na to, co Ci w duszy gra. Dlatego rezygnacja nie oznacza porażki. Oznacza świadomy wybór swojej drogi. Szczęśliwej drogi, a nie drogi do szczęścia.

Czego nie powinnaś robić na warsztatach, czyli kiedy nauka jest fajna

Ten wpis tylko niechcący zbiega się z początkiem września, kiedy nauka staje się tematem numer jeden. Bo nauka w szkole jest obowiązkiem, który rzadko kiedy ma coś wspólnego z nauką dla przyjemności i z pasji. Mi…

Jak pozbyć się zbędnych myśli

Od czasu do czasu dopada mnie ten stan, kiedy potrzebuję restartu procesora. Kiedy skaczę od jednej do drugiej myśli, nie kończąc żadnej. Kiedy wydaje mi się, że tyle rzeczy trzeba przeanalizować, drugie tyle zaplanować, a…